ZWROTKA 2

piątek, 28 czerwca 2019


       

        Patrzyłam na mamę, jak delikatnie uśmiecha się do pana w garniturze o jasnych włosach i oczach, a on robił to samo w moim kierunku. Był całkiem miły, bo przywiózł cukierki i gadającą lalkę o długich blond włosach. Długo ją głaskałam, ponieważ fajnie uciekały pod palcami w złotych kaskadach. Pomyślałam wtedy, że mama ostatnio kupiła mi nożyczki, które wycinały falbanki, dlatego chciałam już iść od stołu i pobawić się w fryzjera, ale ona kazała mi siedzieć razem z nimi.
Często mnie dotykała, obejmowała i gładziła po głowie opiekuńczym gestem co było miłe, bo nie robiła tego zbyt wiele, chyba że akurat miała wolny dzień. Widziałam jak tata trzymał mamę za rękę pod stołem. Okazywali sobie dziś jakoś dużo czułości. Zazwyczaj miałam ten widok na święta albo gdy tata przynosił do domu piękne kwiaty.
            – Masz fajną brodę. Mój tata ma taką, ale bardzo kuje, jak mnie całuje. Czy twoją córkę też tak drapie? Masz dzieci? Ja lubię dzieci. Zwłaszcza chłopców, bo oni nie są tak wredni jak dziewczynki, ale one mają fajne zabawki. Czy…
            – Fabio – powiedziała mama stanowczo – przestań. I nie mów do pana jak do kolegi. Proszę, zachowuj się.
            – Ale ja tylko… – zaczęłam speszona, gdy ujrzałam jej zagniewany wzrok.
            – Och, panno Kasiu, niech się pani nie denerwuje. To tylko dziecko, jej zachowanie jest zrozumiałe.
            Usłyszałam jak mama wciągnęła powietrze i mocniej ścisnęła rękę taty, ale na jej twarzy pojawił się miły uśmiech i jej irytacja wyparowała, jak złość taty, gdy robię kocie oczy.
            – Może spróbuje pan kurczaka w miodzie. Sama robiłam. Przywiozłam go prosto od mojej babci ze wsi. Niezwykle zdrowa potrawa.
            Podsunęła go Miłemu Panu, a on przytaknął z uznaniem i nałożył sobie kawałek.
            – Ładny kwiatek – powiedziałam, wyciągając rękę w kierunku złotej ozdoby na jego ramieniu.
            Mama gwałtownie się wyprostowała, ale na tyle dyskretnie, że tylko tata mógł to dostrzec.
            – Mówisz o Lilii? – mruknął z pełną buzią Miły Pan. Do twarzy mu z uśmiechem. – Tak, jest niezwykle piękna. Wykonana z dziewiętnastokaratowego złota. Noszą ją tylko zasłużeni.
            – Ja też mogę taką mieć? Co muszę zrobić?
            – Fabio – usłyszałam cichy głos mamy. Nie rozumiałam tego, co widziałam w jej oczach. Delikatnie złapała mnie za rękę.
            Jeszcze nie teraz. Nie tak szybko, kochana.
            – Trzeba być bardzo grzecznym, Fabio. Wtedy dostaniesz swoją Lilię.
            Usłyszałam jak rodzice wypuścili wstrzymane powietrze. Miły Pan uśmiechnął się do nich promiennie, jednak ręka mamy nie wypuściła mojej dłoni.
            – Fabia jest niezwykle urocza, nieprawdaż? – odezwał się w końcu drugi Pan Niemowa.
            Tata mruknął jakieś potwierdzenie, ale nie usłyszałam, co to było.
            Zaczęło mi się nudzić, więc machałam nogami i wygięłam szyję, ale kiedy mama nie zareagowała, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
            – Maaamooo, nuuudziii miii sięęęę – jęknęłam cicho, ale Miły Pan i Pan Niemowa roześmiali się. Nie wiem czemu. Za to mama posłała im przepraszający uśmiech i szybko odsunęła swoje krzesło razem z moim.
            – Panowie wybaczą, ale nasza Fabia nie jest przyzwyczajona do siedzenia tak długo w jednym miejscu. – Po czym zwróciła się do mnie. – Chodź, kochanie. Zaprowadzę cię na górę.
            Wyrwałam jej rękę, gdy pociągnęła mnie w stronę schodów.
            – Mamo, ale jestem duża. Umiem sama iść do pokoju. – Nie rozumiałam czemu obchodziła się ze mną jak dzieckiem. Niedługo w końcu miałam skończyć sześć lat. Ona nie traktuje mnie poważnie.
            Wyszłaś mi niezwykle uroczo, kochanie.
            – Założymy piżamki, skarbie. Nie dyskutuj już, tylko hopsaj na górę. – Miała spokojny głos. Spodziewałam się, że będzie pogniewana, ale Miły Pan i Pan Niemowa działają na nią bardzo kojąco.
            – Oj, mamo. Przecież sama zakładam piżamki. Ale mogę jeszcze dać rozkaz mojej misiowej gwardii, żeby zanieśli jedzenie moim poddanym? Oni głodują, mamusiu! Nie mogę ich tak zostawić! – Patrzyłam na nią błagalnym wzrokiem, ale dorośli jednak są głupi. Nic nie rozumieją. Martwią się tylko o siebie. Nikt nie pomyślał o moich biednych poddanych i o tym, że teraz tyle lalek umrze, bo mama każe mi iść już spać. Jakie to życie jest niesprawiedliwe!
            Wybuchłam żałosnym płaczem na jej ramieniu, gdy niosła mnie na górę. Przeciwnik wygrał. Mój lud musi poczekać do rana. Nie będę jutro nic jeść za karę. Będę cierpieć jak oni.
            Będziesz cierpieć bardziej niż oni, kochana Fabio, cierpliwości, nasza królowo.
            Kiedy mama chciała mnie postawić na ziemię, ja rozpłynęłam się na niej w królewskim gniewie. Starała się postawić mnie jeszcze kilka razy, ale w końcu się poddała i z ciężkim westchnieniem położyła mnie na niej. Widziałam jej zmęczoną, zmartwioną twarz, ale złość jaka zawładnęła moim ciałem, nie pozwoliła mi się poddać, dopóki nie będę mogła porozmawiać z misiową gwardią.
            – Fabio… – zaczęła delikatnie, co było odmienne od jej srogiego tonu, gdy urządzałam, jak ona to mówi, sceny. Dlatego powtarzam wszystkim dzieciom, że jestem aktorką i nawet moja mama tak uważała, bo urządzam je tak niesamowicie, aż ona sama jest pod wrażeniem.
            Skrzyżowałam ręce na piersi i warknęłam naburmuszona jak na królewnę przystało.
            – Kochanie, proszę, połóż się już do łóżka i nie wychodź z niego. Dzisiaj nie będziemy czytać Braci Grimm, zrobimy to jutro, dobrze, ale proszę, posłuchaj mamusi i już nie schodź na dół. Zostań tu. Jak panowie pójdą przyjdę do ciebie, tak? Ale ty sama nie możesz wychodzić poza te drzwi. – Wskazała na wejście do mojego różowego pokoju.
            – A mogę się pobawić misiaaamiiii? Prooooszęęę – jęczałam błagalnie, leżąc na podłodze plackiem jak rozwałkowany naleśnik.
            Mama westchnęła i przeczesała swoje blond loki. Dziwnie wyglądała w nich. Jak nie mama. Jak księżniczka. Dotknęłam swoich krótkich ciemnych warkoczyków, od których już bolała mnie głowa i ściągnęłam gumki, jednak ona nic nie powiedziała.
            – Ale dlaczego? Zawsze przed snem bawiłam się jeszcze chwilkę. Naprawdę, nie będę tego robić długo. Mamusiu, mamusiu, proszę.
            Przeturlałam się na brzuch i patrzyłam na nią wielkimi oczami oraz wygięłam usta w podkówkę, z czym tata nigdy nie mógł wygrać, jednak z mamą było dużo trudniej.
            – Kochanie, ten jeden jedyny raz zrób to, o co proszę. Wynagrodzę ci to, skarbie, ale ten ostatni raz nie stawiaj się. Pojedziemy do pani Gosi na trampoliny i kulki, ale wejdź już do łóżeczka i zamknij oczka. Mamusia niedługo przyjdzie.
            Jej zmęczony i zmartwiony głos był wręcz błagalny. Zrobiło mi się przykro, dlatego kiwnęłam głową potwierdzająco i wstałam, żeby za chwilę uwiesić się na jej ramionach. Ona wydawała się przez chwilę zdziwiona, ale zaraz mnie objęła mocno i zagłębiła głowę w mojej szyi, co mnie bardzo załaskotało i roześmiałam się głośno. Mama w końcu się uśmiechnęła, a ja odpowiedziałam jej jeszcze szerszym. W końcu nie była smutna.
            Pomogła mi zdjąć tą obrzydliwą kwiecistą sukienkę, a ja już sama założyłam piżamę z kłapouchym. Kochałam go najbardziej na świecie! Mama mówiła, że może bym polubiła jakąś inną postać, bo ta jest bardzo smutna, ale ja właśnie za to go uwielbiałam. Dlatego miałam już kilka bluzek z moim osiołkiem oraz trzy misie, które co noc pilnowały mnie w łóżku. Żadne inne nie miały tam wstępu.
            Kiedy wychodziła ucałowała mnie w czoło. Było mi trochę przykro, że tata też nie przyszedł, ale mama mówiła, że dziś nie może. Rozumiałam to, dlatego, gdy zniknęła za drzwiami, zamknęłam oczy i chciałam po prostu zasnąć. Jednak było bardzo ciężko, gdy jakiś czas później słyszałam jak oboje płaczą. Przynajmniej tym razem żaden z Panów nie krzyczał.

0

ZABURZENIE KOMPOZYCJI



Środa, znów piękny, tak samo beznadziejny dzień, jak całe moje życie. Znów zasypiam. Znów mama w krzyk. Znów zapominam kanapek. Pięknie, teraz będę głodował. Znów potykam się o ten cholerny, wystający schodek, który nie mam pojęcia po jaki mądry sens został wybudowany. Znów ciężarówka. O, znów mokre spodnie. Mama znów będzie krzyczeć. Znów zatłoczona szkoła. Znów te same twarze. Znów matematyczka nie odpowiada na moje dzień dobry. Nie wiem, po co jeszcze próbuję. Zapomniałem, zupełnie jak moich kanapek, że tego wymagają zasady dobrego wychowania, bo przecież gdybym tylko przeszedł, dostałbym wykład na temat swojej arogancji. Znowu. 
Dalej nie pamiętam planu, znów trzeba spojrzeć co teraz za lekcja. Religia. Znów wchodzę spóźniony. Puszczam “przepraszam”. Siadam. Rzucam plecak. Wyjmuje książki. Wkładam książki, bo znowu nie te co trzeba. Wyjmuje zeszyt od fizyki, bo znów nie mam tego właściwego, zupełnie jak moich kanapek. Teraz piękne robotyczne “jestem” i “nie ma” przy nazwisku Grubego, Bobka i Szarego, bo znów urwali się na fajkę.
Lub w ogóle na całą paczkę. 
Niektórzy wolą łaskę raka płuc od łaski uzdrowienia Boga.
            Połowa klasy bierze nieprzygotowanie. Trudno jest przepisać te trzy zdania. Za trudno. Z kim ja chodzę… A, ja przecież też biorę nieprzygotowanie, bo odrobiona praca domowa jest, ale w domu.
Haha, nie znowu. Głodowanie to jedna sprawa, ale czerwone jedynki w dzienniku bardziej bolą niż żołądek.
            O, Czarna znów zapisuje temat.  Do boju Fiona, może uda ci się schudnąć! Dobra, chyba się trzeba pofatygować, żeby to zapisać w fizyce. Długopis? Eee… Znów nie mam, znów zupełnie jak moich kanapek. Pukam Darię. Daria zawsze ma. W ogóle, co za debil bierze dwa długopisy? Przecież logika szkolna mówi, żeby ich nie brać. No cóż, Daria się jeszcze nie nauczyła, a ja mam czym pisać. Znowu. Pożyczam, a raczej biorę i co? I bum! Wszystko w atramencie! Dzięki Daria, przyjaciółko ty moja, wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz. 
Ręka w górę. Krzesło do tyłu. Klamka i długa do kibla. Żarcik. Kto biegnie do łazienki, gdy wychodzi na lekcji? Spokojny krok. Bezstresowy. Następnie kibelek. Woda i już jestem glancuś. Oczywiście odwiedzam tylne wejście, bo trochę powietrza jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Chyba. A jednak. Kwiatek! Taa, ten moment, kiedy nawet dyro nazywa cię jak kumple. Mój drogi ochroniarz odtransportowuje mnie bezpiecznie do klasy. To jest renomowana uczelnia.
            Taki żarcik. Ten budynek to muzeum PRLu.
            – Bóg jest waszym ojcem i to jemu powinniście zaufać. Ci, którzy nie będą chodzić do kościoła i prosić go o łaskę, nie będą szczęśliwi – Czarna ciągnie swój ulubiony monolog. 
No świetnie. Znów ten sam temat. Zacznij może coś nowego? Masz inną płytę?
Po półgodzinie sprawdzam czas i widzę, że minęło pięć minut. Jak miło.
Znowu także jest krzyk na korytarzu. Pewnie jakieś bystrzaki idą do łazienki z przystankiem na sklepik.  To musi być ostatnia klasa, bo mają strasznie grube głosy. Frajerzy, zaraz ich dyrcio przetrzepie. 
Lecz jedna rzecz, nie wydarza się znowu. 
Drzwi zostają wyrwane z zawiasów. Do klasy wpada cała armia żołnierzy z karabinami, w pełnym umundurowaniu, z wyszytą lilią na ramionach i czapkach, wydzierając się w niebo głosy. Nie można ich zrozumieć. Nastaje chaos. Wszyscy krzyczą. Nic nie rozumiem.  Nauczycielka zostaje przygnieciona do biurka. Jedni chowają się pod ławki. Inni podnoszą ręce do góry. Inni uciekają, ale niedaleko, lecz tylko cieleśnie, gdyż zostają w przejściu, ale ich dusze biegną dalej. 
A ja stoję. Stoję w tym zamieszaniu i scenie wyrwanej z filmu akcji. Przyglądam się temu, jak wszyscy zostają ustawieni pod tablicą. Widzę jak z ich oczu leją się łzy, a usta wypowiadają potoki próśb i błagań, które i tak nigdy  nie zostaną wysłuchane. Następuje wybuch, potężny krzyk. Odwracam się, widzę moją koleżankę z ławki na podłodze. Leży we krwi. Z jej czaszki wylewa się czerwona, złowieszcza plama, znacząca podłogę czerwonym dywanem idealnym pod ciężkie buciory żołnierzy. To nadal nie jest mój film, w którym jestem aktorem, to jest film, w którym jestem widzem oglądającym wszystko z bezpiecznej oddali. Jestem rozkojarzonym widzem, który myśli o zadanych pracach domowych i tym, że nie posprzątałem pokoju, a mama znów będzie krzyczeć. 
A jednak staje się częścią tych wydarzeń, lecz dopiero gdy oprawca przyciska broń do mojej czaszki, jednocześnie zgniatając ramieniem moją tchawicę i drąc się do bezbronnych, przerażonych ludzi spod tablicy, którzy nie wiedzą, co się dzieje. Nikt nie wie, co się dzieje. Nawet ja.
– Albo teraz wyryjecie w sobie złotą lilię na czole, albo zabiję was po kolei – Żołnierz rozejrzał się po bladych twarzach – i zacznę od waszego króla.
0

ZWROTKA 1

czwartek, 27 czerwca 2019


            Od czterech lat w zamknięciu. Jeśli tak to można nazwać. W pewnym momencie wszystko się zlewa, więc może nie jest to aż tak długi okres. Po poprzednich problemach, jakie sprawiłam, nie było już tak miło jak zwykle.
            Fabio.
            Przepraszam. Mama uważa, że sprawy rodzinne, są sprawami rodzinnymi i niech takimi pozostaną. Jednak czasem trudno mi zachować jasność w myśleniu, bo kontrola nad własną głową często nie jest łatwą zdolnością do opanowania.
            Fabio, zajmujesz nasz czas.
            Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Maszerują oficery.
            Od czterech lat w zamknięciu. Pomiędzy czterema ścianami, pomiędzy pustą przestrzenią własnej głowy. Czasem, gdy patrzę przez okno nadchodzi dzień taki jak ten. Gdy widzowie słuchają tego głosu, który opowiada im każdą historię. Tego, który mówi im co mają robić. Ten głos mam i ja. Sprawia, że wiąże mi ręce i falują w spokojnym lub szalonym tańcu, jak on tego pragnie. Wolność jest sprawą względną. I wiem to ja. Teraz wiesz to ty. Nigdy nie będziemy wolni. Pozostało nam tylko się z tym oswoić. Cieszę się, że ja to zrozumiałam. Ty też dasz radę. Ja żyję w tym zamknięciu tylko cztery lata. Ty o wiele dłużej.

            – Fabio, posprzątaj zabawki. Tata prosił, żeby wszystko było gotowe zanim przyjdą goście.
Mama omiotła wzrokiem stertę pluszaków, która stanowiła moją gwardię, po czym złapała się za swoje wąskie biodra i westchnęła ciężko, kiedy zobaczyła brązową plamę na mojej różowej sukience. I dobrze, nigdy jej nie lubiłam. Była ohydna.
            – Dziecko drogie, to najpiękniejsza kiecka jaką ci kupiłam! W co ja cię teraz ubiorę! Na górę marsz, musimy cię przebrać. Zabawki poczekają.
            Nie prawda. Zabawki nie czekają. One tylko udają, że są zależne od nas. Ich królem jest czas. To on decyduje czy z nami są, czy nie. Ale jak ona niby miała to zrozumieć, jeśli jej kreatywność zanikła, gdy wydawnictwo kazało jej pisać cztery książki na pół roku by utrzymać to, co udało jej się osiągnąć.
Dorośli są głupi, powiedziała czteroletnia dziewczynka.
Kiedy weszłyśmy do mojego różowego pokoju w różową tapetę, bo przecież trzyletnie dziecko jest idealnym architektem i na tyle świadome, żeby decydować o wystroju swojego pokoju, mama stanęła przed szafą. Zaczęła przerzucać moje nieliczne sukienki, mrucząc pod nosem, że tak zawsze jest. Nigdy nie może być nic na czas. Wszystko na głupiego zawsze organizowane, a mój ojciec oczywiście nie mógł powiedzieć jej wcześniej, że przyjdą Oni. Ale kim są Oni, miałam się dowiedzieć jakiś czas później. W końcu wygrzebała jakieś kwieciste paskudztwo i uśmiechnęła się do mnie z czułością.
– Wyglądasz jak księżniczka – mruknęła pod nosem i zmierzwiła moją grzywkę, która jako jedyna część moich włosów nie została wpięta w dwa warkocze, których i tak miałam zamiar się pozbyć. Jednak obiecałam, że będę grzeczna, a napięta atmosfera w domu tylko mnie do tego motywowała.
– A ty, mamusiu, jak królowa. – Uśmiechnęłam się do niej szeroko, przez co widziałam jak jej niebieskie oczy trochę zmiękły.
Przygładziła swoją różową sukienkę, która była podobna do mojej z czekoladową plamą. Złapała mnie za małą bródkę, którą podobno mam po tatusiu i przyklękła tylko trochę, bo była niską kobietą. Po raz kolejny upomniała mnie, że mam być grzeczna i zeszła na dół, by dokończyć coś co ładnie pachniało.
Mój pokój był względnie czysty, a to z racji tego, że wszystkie zabawki wylądowały w salonie, jednak musiałam teraz spakować je w Trolobus. Kosz, gdy już został wypełniony pluszakami, kierował się w stronę schodów z pomocą kolorowych Troli o bujnych czuprynach.
Nie.
Kosz w kolorowe Trole o bujnych czuprynach, gdy już został wypełniony pluszakami, został zaniesiony na górę. Starałam się patrzeć pod nogi, ale góra misiowego pluszu zasłaniała mi widok.
– Fabio, krzesła odstaw na miejsce! – usłyszałam krzyk mamy i przewróciłam swoimi dużymi oczami, które działały na tatę jak najlepsze zaklęcie.
– Ale ja je tak długo ustawiałam! – zawołałam, jednak kiedy spotkałam się z ignorującą moją frustrację ciszą, zrobiłam to, o co prosiła mnie kobieta, która „przez trzy lata wycierała moją dupę, więc której należy się trochę posłuszeństwa”.
Kiedy już wszystkie zabawki trafiły a swoje miejsce, poszłam do kuchni i wdrapałam się na wysokie krzesło, żeby przyglądać się mamie, która krzątała się w tą i z powrotem. Chciałam poprosić o ciastko, ale stwierdziłam, że i tak go nie dostanę, bo miałam na sobie nową sukienkę i na dodatek mama właśnie zaczęła przeklinać, bo gotująca woda uciekła jej z garnka, jak ja uciekam między nogi taty, gdy wykrzykuje „Fabio Wiktoriowska, co zrobiłaś?!”. Mama nie była porywcza. Nie biła mnie. Raczej należała do opiekuńczych osób, ale jak to w każdej rodzinie, należało się jej bać, gdy zapominało się, że dzieci powinny chodzić w musztrze. Bez tego, nie zostałabym okrzyknięta „Najgrzeczniejszym dzieckiem” wśród ludzi, którzy rozczulali się nad moimi wielkimi niebieskimi oczami i pyzatymi policzkami, wbrew pozorom, które nigdy nie zostały wyszamotane.
Mama właśnie biegała ze ścierką, ratując zalaną i piszczącą alarmem indukcję kuchenną, gdy tata postanowił w końcu łaskawie wrócić i jej pomóc.
– Tata! – wykrzyknęłam i rzuciłam się na niego, a on mnie złapał w locie.
– Cześć, psotko. Gdzie mama?
Podrażnił moją skórę swoją czarną brodą, która zawsze tak drapała, gdy dawał mi buziaka i odstawił mnie na ziemię. Było mi przez chwilę przykro, że nie miał czasu, żeby się ze mną pobawić, ale jak mówiła babcia, byłam mądrym dzieckiem, więc wybaczyłam mu to. Widziałam, że to wina tych głupich gości, którzy zamienili nasz dom w pełną zdenerwowania i bieganiny restaurację. Jak powtarza mama, takie życie. Wieczorem wszystko wróci do normy. Chyba że nie przyjdą na noc poczytać mi Małego Księcia, to się zdenerwuję i nie będą mieli jutro dnia wolnego od moich fochów i wymuszeń.
Wszystko zależy od mojego humoru.
– Nie mogłeś powiedzieć chociaż wczoraj, że przyjadą? Musiałeś zostawić mnie samą ze wszystkim na ostatnią chwilę? – grzmiała mama, gdy woda po raz kolejny wydostała się z garnka przy salwie indukcyjnego alarmu.
– Nie można wszystkiego zaplanować – burknął tata i jego dobre samopoczucie prysło jak moje bańki.
– Mógłbyś mi chociaż pomóc, a nie tylko stoisz i patrzysz. Sama muszę sobie ze wszystkim radzić. Nikt mi nie pomaga w tym domu. Twoja córka zrobiła sobie z naszego salonu plac zabaw. Stół nie nakryty. Krzesła odstawione. Jedzenie nie gotowe. Miałam jeszcze zakręcić sobie włosy. Nie dam rady tego sama ogarnąć. – Wymachiwała rękoma, gdy zbierała wygotowaną wodę.

– Już nie denerwuj się, kobieto. Dopiero wróciłem. Daj mi chwilę. – Tata mówił spokojniej, bo zresztą on był o wiele mniej porywczy niż mama. On mnie uczył, że krzyk zwalczany krzykiem pompuje balonik wypełniony wodorem w okręgu palących się zniczy.
– Fabio, idź do pokoju, proszę. Poukładaj ładnie zabawki – powiedziała mama już ciszej gdy bezsilnie oparła dłonie o blat ze zwieszoną głową. Zrobiło mi się jej żal, dlatego bez mówienia jej, że już dawno się tym zajęłam, poszłam w kierunku schodów. Gdy odwróciłam się po raz ostatni, widziałam jak mama przytula się do piersi taty, a ten opiekuńczo gładził ją po plecach. Usłyszałam jego ciche, ciężkie westchnięcie i zdążyłam złapać tylko jego zamyślony wzrok utkwiony daleko w przestrzeni, gdy zniknęli mi z oczu a moje stopy podreptały na górę.  

0

PRZEDTAKT


            Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Maszerują oficery.
            Pięć. Sześć. Siedem. Osiem. Nie jesteśmy żadne łosie.
            Puk. Puk. Halo. Dzień dobry. Wstajemy. Czas zacząć wszystko. Od nowa. No, dalej. Budzimy się, kochana. Musisz zadowolić naszych gości. Widzisz, czekają na ciebie. Chodź, skarbie, opowiemy im naszą historię. Oj, nie patrz tak. Na co te miny. Dzięki naszym gościom zarabiamy pieniążki. Tak? No to, dalej. Ubieraj się. Załóż coś ładnego i przyklej swój najpiękniejszy uśmiech. Pamiętaj, że oni lubią urodziwych ludzi. Szeroko oczy. Powinny być jak największe. O tak… Właśnie tak. Grzeczna dziewczynka. Bo jak nie będziesz się słuchać, to wiesz co wtedy robimy. Znasz, kochanie, zasady doskonale. Cieszę się niezmiernie. Tylko tym razem bez numerów. Bo numery my lubimy na koncie, prawda? Tak.

            A więc, witam naszych serdecznych gości. Ja nazywam się Katarzyna Czachorowska, a to jest historia, gdzie główny bohater na końcu umiera.
            Miłego seansu.

0

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life