Od czterech lat w
zamknięciu. Jeśli tak to można nazwać. W pewnym momencie wszystko się zlewa,
więc może nie jest to aż tak długi okres. Po poprzednich problemach, jakie
sprawiłam, nie było już tak miło jak zwykle.
Fabio.
Przepraszam. Mama uważa, że sprawy rodzinne, są sprawami
rodzinnymi i niech takimi pozostaną. Jednak czasem trudno mi zachować jasność w
myśleniu, bo kontrola nad własną głową często nie jest łatwą zdolnością do
opanowania.
Fabio, zajmujesz nasz czas.
Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Maszerują oficery.
Od czterech lat w zamknięciu. Pomiędzy czterema ścianami,
pomiędzy pustą przestrzenią własnej głowy. Czasem, gdy patrzę przez okno
nadchodzi dzień taki jak ten. Gdy widzowie słuchają tego głosu, który opowiada
im każdą historię. Tego, który mówi im co mają robić. Ten głos mam i ja.
Sprawia, że wiąże mi ręce i falują w spokojnym lub szalonym tańcu, jak on tego
pragnie. Wolność jest sprawą względną. I wiem to ja. Teraz wiesz to ty. Nigdy
nie będziemy wolni. Pozostało nam tylko się z tym oswoić. Cieszę się, że ja to
zrozumiałam. Ty też dasz radę. Ja żyję w tym zamknięciu tylko cztery lata. Ty o
wiele dłużej.
– Fabio, posprzątaj zabawki. Tata prosił, żeby wszystko
było gotowe zanim przyjdą goście.
Mama
omiotła wzrokiem stertę pluszaków, która stanowiła moją gwardię, po czym złapała
się za swoje wąskie biodra i westchnęła ciężko, kiedy zobaczyła brązową plamę
na mojej różowej sukience. I dobrze, nigdy jej nie lubiłam. Była ohydna.
– Dziecko drogie, to najpiękniejsza kiecka jaką ci
kupiłam! W co ja cię teraz ubiorę! Na górę marsz, musimy cię przebrać. Zabawki
poczekają.
Nie prawda. Zabawki nie czekają. One tylko udają, że są zależne
od nas. Ich królem jest czas. To on decyduje czy z nami są, czy nie. Ale jak
ona niby miała to zrozumieć, jeśli jej kreatywność zanikła, gdy wydawnictwo
kazało jej pisać cztery książki na pół roku by utrzymać to, co udało jej się
osiągnąć.
Dorośli są głupi, powiedziała
czteroletnia dziewczynka.
Kiedy
weszłyśmy do mojego różowego pokoju w różową tapetę, bo przecież trzyletnie
dziecko jest idealnym architektem i na tyle świadome, żeby decydować o wystroju
swojego pokoju, mama stanęła przed szafą. Zaczęła przerzucać moje nieliczne
sukienki, mrucząc pod nosem, że tak zawsze jest. Nigdy nie może być nic na
czas. Wszystko na głupiego zawsze organizowane, a mój ojciec oczywiście nie
mógł powiedzieć jej wcześniej, że przyjdą Oni. Ale kim są Oni, miałam się
dowiedzieć jakiś czas później. W końcu wygrzebała jakieś kwieciste paskudztwo i
uśmiechnęła się do mnie z czułością.
–
Wyglądasz jak księżniczka – mruknęła pod nosem i zmierzwiła moją grzywkę, która
jako jedyna część moich włosów nie została wpięta w dwa warkocze, których i tak
miałam zamiar się pozbyć. Jednak obiecałam, że będę grzeczna, a napięta
atmosfera w domu tylko mnie do tego motywowała.
–
A ty, mamusiu, jak królowa. – Uśmiechnęłam się do niej szeroko, przez co
widziałam jak jej niebieskie oczy trochę zmiękły.
Przygładziła
swoją różową sukienkę, która była podobna do mojej z czekoladową plamą. Złapała
mnie za małą bródkę, którą podobno mam po tatusiu i przyklękła tylko trochę, bo
była niską kobietą. Po raz kolejny upomniała mnie, że mam być grzeczna i zeszła
na dół, by dokończyć coś co ładnie pachniało.
Mój
pokój był względnie czysty, a to z racji tego, że wszystkie zabawki wylądowały
w salonie, jednak musiałam teraz spakować je w Trolobus. Kosz, gdy już został
wypełniony pluszakami, kierował się w stronę schodów z pomocą kolorowych Troli
o bujnych czuprynach.
Nie.
Kosz
w kolorowe Trole o bujnych czuprynach, gdy już został wypełniony pluszakami,
został zaniesiony na górę. Starałam się patrzeć pod nogi, ale góra misiowego
pluszu zasłaniała mi widok.
–
Fabio, krzesła odstaw na miejsce! – usłyszałam krzyk mamy i przewróciłam swoimi
dużymi oczami, które działały na tatę jak najlepsze zaklęcie.
–
Ale ja je tak długo ustawiałam! – zawołałam, jednak kiedy spotkałam się z
ignorującą moją frustrację ciszą, zrobiłam to, o co prosiła mnie kobieta, która
„przez trzy lata wycierała moją dupę, więc której należy się trochę
posłuszeństwa”.
Kiedy
już wszystkie zabawki trafiły a swoje miejsce, poszłam do kuchni i wdrapałam
się na wysokie krzesło, żeby przyglądać się mamie, która krzątała się w tą i z
powrotem. Chciałam poprosić o ciastko, ale stwierdziłam, że i tak go nie
dostanę, bo miałam na sobie nową sukienkę i na dodatek mama właśnie zaczęła
przeklinać, bo gotująca woda uciekła jej z garnka, jak ja uciekam między nogi
taty, gdy wykrzykuje „Fabio Wiktoriowska, co zrobiłaś?!”. Mama nie była porywcza.
Nie biła mnie. Raczej należała do opiekuńczych osób, ale jak to w każdej
rodzinie, należało się jej bać, gdy zapominało się, że dzieci powinny chodzić w
musztrze. Bez tego, nie zostałabym okrzyknięta „Najgrzeczniejszym dzieckiem” wśród
ludzi, którzy rozczulali się nad moimi wielkimi niebieskimi oczami i pyzatymi policzkami,
wbrew pozorom, które nigdy nie zostały wyszamotane.
Mama
właśnie biegała ze ścierką, ratując zalaną i piszczącą alarmem indukcję
kuchenną, gdy tata postanowił w końcu łaskawie wrócić i jej pomóc.
–
Tata! – wykrzyknęłam i rzuciłam się na niego, a on mnie złapał w locie.
–
Cześć, psotko. Gdzie mama?
Podrażnił
moją skórę swoją czarną brodą, która zawsze tak drapała, gdy dawał mi buziaka i
odstawił mnie na ziemię. Było mi przez chwilę przykro, że nie miał czasu, żeby
się ze mną pobawić, ale jak mówiła babcia, byłam mądrym dzieckiem, więc
wybaczyłam mu to. Widziałam, że to wina tych głupich gości, którzy zamienili
nasz dom w pełną zdenerwowania i bieganiny restaurację. Jak powtarza mama,
takie życie. Wieczorem wszystko wróci do normy. Chyba że nie przyjdą na noc
poczytać mi Małego Księcia, to się zdenerwuję i nie będą mieli jutro dnia
wolnego od moich fochów i wymuszeń.
Wszystko zależy od mojego humoru.
–
Nie mogłeś powiedzieć chociaż wczoraj, że przyjadą? Musiałeś zostawić mnie samą
ze wszystkim na ostatnią chwilę? – grzmiała mama, gdy woda po raz kolejny
wydostała się z garnka przy salwie indukcyjnego alarmu.
–
Nie można wszystkiego zaplanować – burknął tata i jego dobre samopoczucie
prysło jak moje bańki.
–
Mógłbyś mi chociaż pomóc, a nie tylko stoisz i patrzysz. Sama muszę sobie ze
wszystkim radzić. Nikt mi nie pomaga w tym domu. Twoja córka zrobiła sobie z naszego
salonu plac zabaw. Stół nie nakryty. Krzesła odstawione. Jedzenie nie gotowe.
Miałam jeszcze zakręcić sobie włosy. Nie dam rady tego sama ogarnąć. –
Wymachiwała rękoma, gdy zbierała wygotowaną wodę.
–
Już nie denerwuj się, kobieto. Dopiero wróciłem. Daj mi chwilę. – Tata mówił
spokojniej, bo zresztą on był o wiele mniej porywczy niż mama. On mnie uczył,
że krzyk zwalczany krzykiem pompuje balonik wypełniony wodorem w okręgu
palących się zniczy.
–
Fabio, idź do pokoju, proszę. Poukładaj ładnie zabawki – powiedziała mama już
ciszej gdy bezsilnie oparła dłonie o blat ze zwieszoną głową. Zrobiło mi się
jej żal, dlatego bez mówienia jej, że już dawno się tym zajęłam, poszłam w
kierunku schodów. Gdy odwróciłam się po raz ostatni, widziałam jak mama
przytula się do piersi taty, a ten opiekuńczo gładził ją po plecach. Usłyszałam
jego ciche, ciężkie westchnięcie i zdążyłam złapać tylko jego zamyślony wzrok
utkwiony daleko w przestrzeni, gdy zniknęli mi z oczu a moje stopy podreptały
na górę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz