ZWROTKA 2

piątek, 28 czerwca 2019


       

        Patrzyłam na mamę, jak delikatnie uśmiecha się do pana w garniturze o jasnych włosach i oczach, a on robił to samo w moim kierunku. Był całkiem miły, bo przywiózł cukierki i gadającą lalkę o długich blond włosach. Długo ją głaskałam, ponieważ fajnie uciekały pod palcami w złotych kaskadach. Pomyślałam wtedy, że mama ostatnio kupiła mi nożyczki, które wycinały falbanki, dlatego chciałam już iść od stołu i pobawić się w fryzjera, ale ona kazała mi siedzieć razem z nimi.
Często mnie dotykała, obejmowała i gładziła po głowie opiekuńczym gestem co było miłe, bo nie robiła tego zbyt wiele, chyba że akurat miała wolny dzień. Widziałam jak tata trzymał mamę za rękę pod stołem. Okazywali sobie dziś jakoś dużo czułości. Zazwyczaj miałam ten widok na święta albo gdy tata przynosił do domu piękne kwiaty.
            – Masz fajną brodę. Mój tata ma taką, ale bardzo kuje, jak mnie całuje. Czy twoją córkę też tak drapie? Masz dzieci? Ja lubię dzieci. Zwłaszcza chłopców, bo oni nie są tak wredni jak dziewczynki, ale one mają fajne zabawki. Czy…
            – Fabio – powiedziała mama stanowczo – przestań. I nie mów do pana jak do kolegi. Proszę, zachowuj się.
            – Ale ja tylko… – zaczęłam speszona, gdy ujrzałam jej zagniewany wzrok.
            – Och, panno Kasiu, niech się pani nie denerwuje. To tylko dziecko, jej zachowanie jest zrozumiałe.
            Usłyszałam jak mama wciągnęła powietrze i mocniej ścisnęła rękę taty, ale na jej twarzy pojawił się miły uśmiech i jej irytacja wyparowała, jak złość taty, gdy robię kocie oczy.
            – Może spróbuje pan kurczaka w miodzie. Sama robiłam. Przywiozłam go prosto od mojej babci ze wsi. Niezwykle zdrowa potrawa.
            Podsunęła go Miłemu Panu, a on przytaknął z uznaniem i nałożył sobie kawałek.
            – Ładny kwiatek – powiedziałam, wyciągając rękę w kierunku złotej ozdoby na jego ramieniu.
            Mama gwałtownie się wyprostowała, ale na tyle dyskretnie, że tylko tata mógł to dostrzec.
            – Mówisz o Lilii? – mruknął z pełną buzią Miły Pan. Do twarzy mu z uśmiechem. – Tak, jest niezwykle piękna. Wykonana z dziewiętnastokaratowego złota. Noszą ją tylko zasłużeni.
            – Ja też mogę taką mieć? Co muszę zrobić?
            – Fabio – usłyszałam cichy głos mamy. Nie rozumiałam tego, co widziałam w jej oczach. Delikatnie złapała mnie za rękę.
            Jeszcze nie teraz. Nie tak szybko, kochana.
            – Trzeba być bardzo grzecznym, Fabio. Wtedy dostaniesz swoją Lilię.
            Usłyszałam jak rodzice wypuścili wstrzymane powietrze. Miły Pan uśmiechnął się do nich promiennie, jednak ręka mamy nie wypuściła mojej dłoni.
            – Fabia jest niezwykle urocza, nieprawdaż? – odezwał się w końcu drugi Pan Niemowa.
            Tata mruknął jakieś potwierdzenie, ale nie usłyszałam, co to było.
            Zaczęło mi się nudzić, więc machałam nogami i wygięłam szyję, ale kiedy mama nie zareagowała, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
            – Maaamooo, nuuudziii miii sięęęę – jęknęłam cicho, ale Miły Pan i Pan Niemowa roześmiali się. Nie wiem czemu. Za to mama posłała im przepraszający uśmiech i szybko odsunęła swoje krzesło razem z moim.
            – Panowie wybaczą, ale nasza Fabia nie jest przyzwyczajona do siedzenia tak długo w jednym miejscu. – Po czym zwróciła się do mnie. – Chodź, kochanie. Zaprowadzę cię na górę.
            Wyrwałam jej rękę, gdy pociągnęła mnie w stronę schodów.
            – Mamo, ale jestem duża. Umiem sama iść do pokoju. – Nie rozumiałam czemu obchodziła się ze mną jak dzieckiem. Niedługo w końcu miałam skończyć sześć lat. Ona nie traktuje mnie poważnie.
            Wyszłaś mi niezwykle uroczo, kochanie.
            – Założymy piżamki, skarbie. Nie dyskutuj już, tylko hopsaj na górę. – Miała spokojny głos. Spodziewałam się, że będzie pogniewana, ale Miły Pan i Pan Niemowa działają na nią bardzo kojąco.
            – Oj, mamo. Przecież sama zakładam piżamki. Ale mogę jeszcze dać rozkaz mojej misiowej gwardii, żeby zanieśli jedzenie moim poddanym? Oni głodują, mamusiu! Nie mogę ich tak zostawić! – Patrzyłam na nią błagalnym wzrokiem, ale dorośli jednak są głupi. Nic nie rozumieją. Martwią się tylko o siebie. Nikt nie pomyślał o moich biednych poddanych i o tym, że teraz tyle lalek umrze, bo mama każe mi iść już spać. Jakie to życie jest niesprawiedliwe!
            Wybuchłam żałosnym płaczem na jej ramieniu, gdy niosła mnie na górę. Przeciwnik wygrał. Mój lud musi poczekać do rana. Nie będę jutro nic jeść za karę. Będę cierpieć jak oni.
            Będziesz cierpieć bardziej niż oni, kochana Fabio, cierpliwości, nasza królowo.
            Kiedy mama chciała mnie postawić na ziemię, ja rozpłynęłam się na niej w królewskim gniewie. Starała się postawić mnie jeszcze kilka razy, ale w końcu się poddała i z ciężkim westchnieniem położyła mnie na niej. Widziałam jej zmęczoną, zmartwioną twarz, ale złość jaka zawładnęła moim ciałem, nie pozwoliła mi się poddać, dopóki nie będę mogła porozmawiać z misiową gwardią.
            – Fabio… – zaczęła delikatnie, co było odmienne od jej srogiego tonu, gdy urządzałam, jak ona to mówi, sceny. Dlatego powtarzam wszystkim dzieciom, że jestem aktorką i nawet moja mama tak uważała, bo urządzam je tak niesamowicie, aż ona sama jest pod wrażeniem.
            Skrzyżowałam ręce na piersi i warknęłam naburmuszona jak na królewnę przystało.
            – Kochanie, proszę, połóż się już do łóżka i nie wychodź z niego. Dzisiaj nie będziemy czytać Braci Grimm, zrobimy to jutro, dobrze, ale proszę, posłuchaj mamusi i już nie schodź na dół. Zostań tu. Jak panowie pójdą przyjdę do ciebie, tak? Ale ty sama nie możesz wychodzić poza te drzwi. – Wskazała na wejście do mojego różowego pokoju.
            – A mogę się pobawić misiaaamiiii? Prooooszęęę – jęczałam błagalnie, leżąc na podłodze plackiem jak rozwałkowany naleśnik.
            Mama westchnęła i przeczesała swoje blond loki. Dziwnie wyglądała w nich. Jak nie mama. Jak księżniczka. Dotknęłam swoich krótkich ciemnych warkoczyków, od których już bolała mnie głowa i ściągnęłam gumki, jednak ona nic nie powiedziała.
            – Ale dlaczego? Zawsze przed snem bawiłam się jeszcze chwilkę. Naprawdę, nie będę tego robić długo. Mamusiu, mamusiu, proszę.
            Przeturlałam się na brzuch i patrzyłam na nią wielkimi oczami oraz wygięłam usta w podkówkę, z czym tata nigdy nie mógł wygrać, jednak z mamą było dużo trudniej.
            – Kochanie, ten jeden jedyny raz zrób to, o co proszę. Wynagrodzę ci to, skarbie, ale ten ostatni raz nie stawiaj się. Pojedziemy do pani Gosi na trampoliny i kulki, ale wejdź już do łóżeczka i zamknij oczka. Mamusia niedługo przyjdzie.
            Jej zmęczony i zmartwiony głos był wręcz błagalny. Zrobiło mi się przykro, dlatego kiwnęłam głową potwierdzająco i wstałam, żeby za chwilę uwiesić się na jej ramionach. Ona wydawała się przez chwilę zdziwiona, ale zaraz mnie objęła mocno i zagłębiła głowę w mojej szyi, co mnie bardzo załaskotało i roześmiałam się głośno. Mama w końcu się uśmiechnęła, a ja odpowiedziałam jej jeszcze szerszym. W końcu nie była smutna.
            Pomogła mi zdjąć tą obrzydliwą kwiecistą sukienkę, a ja już sama założyłam piżamę z kłapouchym. Kochałam go najbardziej na świecie! Mama mówiła, że może bym polubiła jakąś inną postać, bo ta jest bardzo smutna, ale ja właśnie za to go uwielbiałam. Dlatego miałam już kilka bluzek z moim osiołkiem oraz trzy misie, które co noc pilnowały mnie w łóżku. Żadne inne nie miały tam wstępu.
            Kiedy wychodziła ucałowała mnie w czoło. Było mi trochę przykro, że tata też nie przyszedł, ale mama mówiła, że dziś nie może. Rozumiałam to, dlatego, gdy zniknęła za drzwiami, zamknęłam oczy i chciałam po prostu zasnąć. Jednak było bardzo ciężko, gdy jakiś czas później słyszałam jak oboje płaczą. Przynajmniej tym razem żaden z Panów nie krzyczał.

0

ZABURZENIE KOMPOZYCJI



Środa, znów piękny, tak samo beznadziejny dzień, jak całe moje życie. Znów zasypiam. Znów mama w krzyk. Znów zapominam kanapek. Pięknie, teraz będę głodował. Znów potykam się o ten cholerny, wystający schodek, który nie mam pojęcia po jaki mądry sens został wybudowany. Znów ciężarówka. O, znów mokre spodnie. Mama znów będzie krzyczeć. Znów zatłoczona szkoła. Znów te same twarze. Znów matematyczka nie odpowiada na moje dzień dobry. Nie wiem, po co jeszcze próbuję. Zapomniałem, zupełnie jak moich kanapek, że tego wymagają zasady dobrego wychowania, bo przecież gdybym tylko przeszedł, dostałbym wykład na temat swojej arogancji. Znowu. 
Dalej nie pamiętam planu, znów trzeba spojrzeć co teraz za lekcja. Religia. Znów wchodzę spóźniony. Puszczam “przepraszam”. Siadam. Rzucam plecak. Wyjmuje książki. Wkładam książki, bo znowu nie te co trzeba. Wyjmuje zeszyt od fizyki, bo znów nie mam tego właściwego, zupełnie jak moich kanapek. Teraz piękne robotyczne “jestem” i “nie ma” przy nazwisku Grubego, Bobka i Szarego, bo znów urwali się na fajkę.
Lub w ogóle na całą paczkę. 
Niektórzy wolą łaskę raka płuc od łaski uzdrowienia Boga.
            Połowa klasy bierze nieprzygotowanie. Trudno jest przepisać te trzy zdania. Za trudno. Z kim ja chodzę… A, ja przecież też biorę nieprzygotowanie, bo odrobiona praca domowa jest, ale w domu.
Haha, nie znowu. Głodowanie to jedna sprawa, ale czerwone jedynki w dzienniku bardziej bolą niż żołądek.
            O, Czarna znów zapisuje temat.  Do boju Fiona, może uda ci się schudnąć! Dobra, chyba się trzeba pofatygować, żeby to zapisać w fizyce. Długopis? Eee… Znów nie mam, znów zupełnie jak moich kanapek. Pukam Darię. Daria zawsze ma. W ogóle, co za debil bierze dwa długopisy? Przecież logika szkolna mówi, żeby ich nie brać. No cóż, Daria się jeszcze nie nauczyła, a ja mam czym pisać. Znowu. Pożyczam, a raczej biorę i co? I bum! Wszystko w atramencie! Dzięki Daria, przyjaciółko ty moja, wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz. 
Ręka w górę. Krzesło do tyłu. Klamka i długa do kibla. Żarcik. Kto biegnie do łazienki, gdy wychodzi na lekcji? Spokojny krok. Bezstresowy. Następnie kibelek. Woda i już jestem glancuś. Oczywiście odwiedzam tylne wejście, bo trochę powietrza jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Chyba. A jednak. Kwiatek! Taa, ten moment, kiedy nawet dyro nazywa cię jak kumple. Mój drogi ochroniarz odtransportowuje mnie bezpiecznie do klasy. To jest renomowana uczelnia.
            Taki żarcik. Ten budynek to muzeum PRLu.
            – Bóg jest waszym ojcem i to jemu powinniście zaufać. Ci, którzy nie będą chodzić do kościoła i prosić go o łaskę, nie będą szczęśliwi – Czarna ciągnie swój ulubiony monolog. 
No świetnie. Znów ten sam temat. Zacznij może coś nowego? Masz inną płytę?
Po półgodzinie sprawdzam czas i widzę, że minęło pięć minut. Jak miło.
Znowu także jest krzyk na korytarzu. Pewnie jakieś bystrzaki idą do łazienki z przystankiem na sklepik.  To musi być ostatnia klasa, bo mają strasznie grube głosy. Frajerzy, zaraz ich dyrcio przetrzepie. 
Lecz jedna rzecz, nie wydarza się znowu. 
Drzwi zostają wyrwane z zawiasów. Do klasy wpada cała armia żołnierzy z karabinami, w pełnym umundurowaniu, z wyszytą lilią na ramionach i czapkach, wydzierając się w niebo głosy. Nie można ich zrozumieć. Nastaje chaos. Wszyscy krzyczą. Nic nie rozumiem.  Nauczycielka zostaje przygnieciona do biurka. Jedni chowają się pod ławki. Inni podnoszą ręce do góry. Inni uciekają, ale niedaleko, lecz tylko cieleśnie, gdyż zostają w przejściu, ale ich dusze biegną dalej. 
A ja stoję. Stoję w tym zamieszaniu i scenie wyrwanej z filmu akcji. Przyglądam się temu, jak wszyscy zostają ustawieni pod tablicą. Widzę jak z ich oczu leją się łzy, a usta wypowiadają potoki próśb i błagań, które i tak nigdy  nie zostaną wysłuchane. Następuje wybuch, potężny krzyk. Odwracam się, widzę moją koleżankę z ławki na podłodze. Leży we krwi. Z jej czaszki wylewa się czerwona, złowieszcza plama, znacząca podłogę czerwonym dywanem idealnym pod ciężkie buciory żołnierzy. To nadal nie jest mój film, w którym jestem aktorem, to jest film, w którym jestem widzem oglądającym wszystko z bezpiecznej oddali. Jestem rozkojarzonym widzem, który myśli o zadanych pracach domowych i tym, że nie posprzątałem pokoju, a mama znów będzie krzyczeć. 
A jednak staje się częścią tych wydarzeń, lecz dopiero gdy oprawca przyciska broń do mojej czaszki, jednocześnie zgniatając ramieniem moją tchawicę i drąc się do bezbronnych, przerażonych ludzi spod tablicy, którzy nie wiedzą, co się dzieje. Nikt nie wie, co się dzieje. Nawet ja.
– Albo teraz wyryjecie w sobie złotą lilię na czole, albo zabiję was po kolei – Żołnierz rozejrzał się po bladych twarzach – i zacznę od waszego króla.
0

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life