Środa, znów piękny, tak samo
beznadziejny dzień, jak całe moje życie. Znów zasypiam. Znów mama w krzyk. Znów
zapominam kanapek. Pięknie, teraz będę głodował. Znów potykam się o ten
cholerny, wystający schodek, który nie mam pojęcia po jaki mądry sens został
wybudowany. Znów ciężarówka. O, znów mokre spodnie. Mama znów będzie krzyczeć.
Znów zatłoczona szkoła. Znów te same twarze. Znów matematyczka nie odpowiada na
moje dzień dobry. Nie wiem, po co jeszcze próbuję. Zapomniałem, zupełnie jak
moich kanapek, że tego wymagają zasady dobrego wychowania, bo przecież gdybym tylko
przeszedł, dostałbym wykład na temat swojej arogancji. Znowu.
Dalej nie pamiętam planu, znów trzeba spojrzeć co teraz za
lekcja. Religia. Znów wchodzę spóźniony. Puszczam “przepraszam”. Siadam. Rzucam
plecak. Wyjmuje książki. Wkładam książki, bo znowu nie te co trzeba. Wyjmuje
zeszyt od fizyki, bo znów nie mam tego właściwego, zupełnie jak moich kanapek.
Teraz piękne robotyczne “jestem” i “nie ma” przy nazwisku Grubego, Bobka i
Szarego, bo znów urwali się na fajkę.
Lub w ogóle na całą paczkę.
Niektórzy wolą łaskę raka płuc od
łaski uzdrowienia Boga.
Połowa klasy bierze nieprzygotowanie. Trudno jest przepisać te trzy zdania. Za trudno. Z kim
ja chodzę… A, ja przecież też biorę nieprzygotowanie, bo odrobiona praca domowa jest, ale w domu.
Haha,
nie znowu. Głodowanie to jedna sprawa, ale czerwone jedynki w dzienniku
bardziej bolą niż żołądek.
O, Czarna znów zapisuje temat. Do boju Fiona, może uda ci się schudnąć! Dobra, chyba się
trzeba pofatygować, żeby to zapisać w fizyce. Długopis? Eee… Znów nie mam, znów zupełnie jak moich kanapek. Pukam Darię. Daria zawsze ma. W ogóle, co za debil bierze dwa długopisy? Przecież logika szkolna mówi, żeby ich nie brać. No cóż, Daria się jeszcze nie nauczyła, a ja mam czym pisać. Znowu. Pożyczam, a raczej biorę i co? I bum! Wszystko w atramencie! Dzięki Daria, przyjaciółko ty moja, wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz.
Ręka w górę. Krzesło do tyłu. Klamka i długa do kibla.
Żarcik. Kto biegnie do łazienki, gdy wychodzi na lekcji? Spokojny krok.
Bezstresowy. Następnie kibelek. Woda i już jestem glancuś. Oczywiście odwiedzam
tylne wejście, bo trochę powietrza jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Chyba. A
jednak. Kwiatek! Taa, ten moment, kiedy nawet dyro nazywa cię jak kumple. Mój
drogi ochroniarz odtransportowuje mnie bezpiecznie do klasy. To
jest renomowana uczelnia.
Taki żarcik. Ten budynek to muzeum
PRLu.
– Bóg jest waszym ojcem i to jemu powinniście zaufać. Ci, którzy nie będą chodzić do kościoła i prosić go o łaskę, nie będą szczęśliwi – Czarna ciągnie swój ulubiony monolog.
No świetnie. Znów ten sam temat. Zacznij może coś nowego? Masz inną płytę?
Po półgodzinie sprawdzam czas i widzę, że minęło pięć minut. Jak miło.
Znowu także jest krzyk na
korytarzu. Pewnie jakieś bystrzaki idą do łazienki z przystankiem na
sklepik. To musi być ostatnia klasa, bo mają strasznie grube głosy.
Frajerzy, zaraz ich dyrcio przetrzepie.
Lecz jedna rzecz, nie wydarza się znowu.
Drzwi zostają wyrwane z zawiasów. Do klasy wpada cała armia żołnierzy z karabinami, w
pełnym umundurowaniu, z wyszytą lilią na ramionach i czapkach, wydzierając się w niebo głosy. Nie można ich zrozumieć. Nastaje chaos. Wszyscy krzyczą. Nic nie rozumiem. Nauczycielka zostaje przygnieciona do biurka. Jedni chowają się pod ławki. Inni podnoszą ręce do góry. Inni uciekają, ale niedaleko, lecz tylko cieleśnie, gdyż zostają w przejściu, ale ich dusze biegną dalej.
A ja stoję. Stoję w tym zamieszaniu
i scenie wyrwanej z filmu akcji. Przyglądam się temu, jak wszyscy zostają
ustawieni pod tablicą. Widzę jak z ich oczu leją się łzy, a usta wypowiadają
potoki próśb i błagań, które i tak nigdy nie zostaną wysłuchane.
Następuje wybuch, potężny krzyk. Odwracam się, widzę moją koleżankę z ławki na
podłodze. Leży we krwi. Z jej czaszki wylewa się czerwona, złowieszcza plama,
znacząca podłogę czerwonym dywanem idealnym pod ciężkie buciory żołnierzy. To
nadal nie jest mój film, w którym jestem aktorem, to jest film, w którym jestem
widzem oglądającym wszystko z bezpiecznej oddali. Jestem rozkojarzonym widzem,
który myśli o zadanych pracach domowych i tym, że nie posprzątałem pokoju, a
mama znów będzie krzyczeć.
A jednak staje się częścią tych
wydarzeń, lecz dopiero gdy oprawca przyciska broń do mojej czaszki,
jednocześnie zgniatając ramieniem moją tchawicę i drąc się do bezbronnych,
przerażonych ludzi spod tablicy, którzy nie wiedzą, co się dzieje. Nikt nie
wie, co się dzieje. Nawet ja.
– Albo teraz wyryjecie w sobie złotą lilię na czole, albo zabiję was po kolei –
Żołnierz rozejrzał się po bladych twarzach – i zacznę od waszego króla.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz